Zaserwowaliśmy sobie winko, oliwki i poszliśmy spać. Rankiem jakoś ciężko się wstawało, minęli
nas jacyś ludzie okazało się że już 7 wiec szybko się zebraliśmy i pognaliśmy w górę myśląc że jesteśmy jednymi z ostatnich - jakie było nasze zdziwienie jak ok.
7,30 zaczęły pojawiać się tłumy ludzi podążających za nami. Po chwili zrozumieliśmy - zaczęła działać kolejka wwożąca ludzi z której my wczoraj skorzystaliśmy.
Początek drogi przez łatwy lodowiec w którym było kilka małych szczelinek kierowaliśmy się na południe.
Do wejścia w masyw który po kilkunastu zakosach wyprowadza nas na wypłaszczenie na wysokości ok. 3500m tu droga odbija w lewo i pnie się powoli na sam szczyt na
którym stajemy ok. 11 rano z wieloma innymi osobami.
Tego samego dnia sprawnie schodzimy, zwijamy namioty jak na tryb lekki i przyjemny przystalo. W górnej stacji kolejki kupujemy piwko patrzymy na nasz dzisiejszy wierzchołek
i rozkoszujemy się smakiem piwa. Schodzić też nie zamierzaliśmy wsiedliśmy w wagonik i 20 min później byliśmy znowu na dole w miejscowości Saas Grund. Jak dla mnie
był to najłatwiejszy czterotysięcznik w Alpach na jakim byłem. Krótkie podejścia, wydeptany ślad - nie sposób zabłądzić sporo ilość ludzi i lodowiec na którym
jest zaledwie kilka szczelinek. Polecam na pierwsze własne cztery tysiące metrów!