naglowek

BIZ BADILE 2002

\

Fredi w ścianie

Czwarta rano, budzi nas budzik w komórce, jest 19 sierpnia, każdy z nas ciężko się podnosi, szybki posiłek z kaszki i płatków i do robo... Zaczynamy podchodzenie pod Nord Kant, na drogę wspinaczkową mierzącą prawie 900 metrów bez większych trudności bo IV+, ale dla nas po przez długość drogi bardzo ambitna. W świetle latarek krok po kroku pniemy się ku podstawie ściany , ciągle jest jeszcze ciemno, ale bryłę tego sławnego szczytu widać bardzo dobrze chociaż jeszcze jest noc. Bladym świtem zaczynamy wspinaczkę ku szczytowi mierzącemu ok. 3300m n.p.m. dzieli nas od niego 900 metrowy kant północny. Góra jest popularna co widać gdy startuje z nami jeszcze kilka zespołów. Zaczynamy wspinaczkę po dość łatwym terenie co napawa optymizmem. Czeka nas ok. 20 wyciągów liny! Pniemy się systematycznie w górę z czasem przeskakując w części drogi na asekurację lotną (idziemy we dwoje na raz) co znaczne przyśpiesza akcje co daje realne szanse uwinięcia się przed zmrokiem - nie wiedząc co nas jeszcze czeka. Ja i Magda na jednym ze stanowisk
W partiach górnych drogi dla nas szok! Wspinany się po lekko zaśnieżonych gdzieniegdzie płytach w sierpniu! Buty wspinaczkowe się ślizgają jest chłodno i nieprzyjemnie. Na dodatek tego wszystkiego ja zaczynam się źle czuć, więc cały ciężar prowadzenia bierze na siebie Fredi. Dla mnie każdy krok to ogromny wysiłek cały czas mnie muli i bierze na wymioty (teraz wiem że to brak aklimatyzacji). Na szczyt grani dochodzimy ok. 15 czy 16 popołudniu i zaczynamy schodzić a raczej wycofywać się zjazdami (nie polecam nikomu jest tam inny wariant zejścia!). Nasza nadzieja na zjechanie do podstawy ściany była na godzinę osiemnastą, potem na dwudziestą, później na 22, a na koniec już nie mieliśmy nadziei. Każdy zjazd to chamienie się liny, szukanie ringów zjazdowych itd. początek zjazdów kantem pólnocnym W ciemności szukamy każdego następnego zjazdu. Podstawę ściany osiągnęliśmy ok. 2 w nocy z totalnym pragnieniem (zabraliśmy ze sobą 3 litry wody na cztery osoby) i maksymalnie głodni. Mówiąc krótko skwar w ryju był niemiłosiernie beznadziejny. Jednak najważniejsze że wydostaliśmy się ze ściany, ale tu spotkała nas niespodzianka, bo tak łatwo być nie może. Zaczął padać grad! Każdy z nas ostro zmókł , ale przygoda toczyła się dalej nie mogliśmy przy marnym świetle latarek znaleźć po nocy grogi zejściowej do namiotów. Pozostał nam "kibel" przy lodowcu! Siedzieliśmy do rana skuleni razem czekając na pierwsze promienie słońca na szczęście było to jakieś 3 godziny telepania się i niemiłosiernego wbijania łokcia telepiącego się z zimna Frediego w moje żebra ale dawało to trochę ciepła. Zmoknięci przemarznięci zaczęliśmy o świcie wędrówkę do namiotów.

Kolejny dzień to 24 godziny snu i bardzo kiepski nastrój. Zmęczenie i odwodnienie daje nam się we znaki jeszcze do dziś a jest 22 sierpnia. Cóż zapłaciliśmy swoje "frycowe" za pierwszą długą drogę w Alpach, ale było warto!! W końcu człowiek uczy się na błędach!