naglowek

800 km w 20 dni czyli - piechotą z Bogatyni do Sejn
1-20 lipca 1999 roku

Pomysł na takie właśnie spędzenie części wakacji zrodził się w czasie ferii zimowych. Siedzieliśmy u Roberta i nie bardzo wiedzieliśmy co zrobić z wolnym czasem, padło pytanie co będziemy robić w wakacje i też nie było żadnych konkretnych planów na ich pierwszy miesiąc. Wtedy właśnie powróciło nasze dawne marzenie o zrobieniu czegoś niekonwencjonalnego co za razem wiązało by się z naszymi zainteresowaniami. Sam pomysł przejścia na pieszo "przekątnej Polski" powstał w wyniku zastosowania metody zwanej burzą mózgów. Kiedy mieliśmy już pomysł należało zaplanować trasę, taki pobieżny plan stworzyliśmy na gorąco dwiema krańcowymi miejscowościami okazały się Sieniawka i Sejny. Pierwszy pomiar trasy wykazał że w prostej linii te dwie miejscowości dzieli odległość ok.700 km.

Uświadomiliśmy sobie, że to nie jest trasa obozu wędrownego, potem że jej pokonanie będzie trochę kosztowało zarówno finansowo jak i fizycznie. Kondycja zależała tylko od nas i wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie odpowiednio się przygotować w czasie czterech miesięcy jaki nam pozostał do wakacji. Problemem były pieniądze potrzebne na zakup sprzętu trekkingowego, którego niewielką tylko część już posiadaliśmy, a jest on niezbędny do prawidłowego przebiegu marszu. Wiedzieliśmy że uratować nas mogą sponsorzy, ale nigdy żaden z nas nie szukał sponsorów. Była to pierwsza rzecz, której musieliśmy się nauczyć. Wiedzieliśmy, że aby coś dostać potencjalni sponsorzy muszą wiedzieć o naszych planach a najszybciej dowiedzą się z mediów, więc trzeba się z nimi skontaktować.

Na listy odpowiedział nasz późniejszy patron prasowy "Wieczór Wrocławia". W gazecie tej ukazał się artykuł o nas wraz z prośbą o sponsoring, jeszcze tego samego dnia do Roberta zadzwonił pan ze sklepu sportowego "Maraton" mówiąc, że chciał by podarować nam lekki dwuosobowy namiot. Na drugi dzień Robert odebrał namiot. Wtedy dopiero uświadomiliśmy sobie, że to co do tej pory było naszym marzeniem zaczyna przybierać realne rozmiary. Dwa dni później Dyrektor "Szkoły Przetrwania i Przygody SAS", której jesteśmy absolwentami, Pan Grzegorz Tymoszyk przekazał mi informację, że od SAS otrzymamy pieniądze na zakup obuwia trekkingowego. Potem były jeszcze cztery miesiące treningów fizycznych czyli biegów przełajowych sześć razy w tygodniu, siłowni dwa razy w tygodniu i kilku wyjazdów, na których przechodziliśmy długie jedno i dwudniowe trasy. W ciągu tego czasu prowadziliśmy także dalsze poszukiwania sponsorów, w których pomogli nam radny Rady Miejskiej Wrocławia Pan Michał Gabryel oraz inni znajomi, którzy podsuwali nam nowe pomysły. W wyniku tych poszukiwań naszymi sponsorami zostali : firma "Alpinus", "PTTK"WROCŁAW ŚRÓDMIEŚCIE, " Biuro Promocji Wrocławia" oraz Wrocławska firma "Jatur".

Nadszedł w końcu długo oczekiwany dzień wyjazdu 30.czerwiec 1999r poprzedzony gorączką ostatnich zakupów i przygotowań. Pół godziny przed odjazdem pociągu odwiedziliśmy jeszcze redakcję "Wieczoru Wrocławia" gdzie zrobiono nam ostatnie przed wyjazdem zdjęcie "w pełnym rynsztunku". Na dworcu pożegnali nas koledzy i koleżanki z SAS-u. Kiedy odjechał pociąg wiedzieliśmy ,że niedługo się zacznie... Czekał nas wieczór, jak się później okazało bardzo przyjemny i noc w Zgożelcu u mojej rodziny, rano odwieziono nas do Sieniawki skąd zaczęliśmy swój marsz.

I zaczęło się na dobre, pierwszy dzień szło się nam znakomicie, drugi też dobrze ale w połowie trzeciego dnia nastąpił kryzys. Tłumaczyliśmy go sobie tak zwanym syndromem dnia trzeciego, który znany był nam z wcześniejszych doświadczeń ,ale ku naszemu zmartwieniu stan ten nie ustąpił na drugi dzień a nawet pogorszył się i to do tego stopnia, że przeszliśmy wtedy tylko niecałe 30 km, na szczęście następnego dnia ogromny ból stóp zaczął ustępować albo my przyzwyczailiśmy się do niego, to nie miało znaczenia liczyło się tylko to że możemy szybciej i skuteczniej iść.

Mijały kolejne dni marszu nieco nużyła nas monotonia, która towarzyszyła nam przez cały czas i chociaż zmieniał się krajobraz oraz i poznawani ludzie to wszystko odbywało się według jednego schematu : pobudka ,pakowanie plecaków, składanie namiotu, ok.8 godzin marszu (z drobnymi przerwami na odpoczynek, posiłek lub kąpiel), znalezienie noclegu, rozbicie namiotu i sen ( z nogami na ubraniach w celu polepszenia krążenia). Tych codziennych czynności pod koniec mieliśmy już dość, podobnie jak wszystkiego co wiązało się z naszą specyficzną codziennością. Sporządziliśmy z nudów niepisaną listę rzeczy , które sprawiają nam najwięcej przyjemności , na pierwszym miejscu znalazł się sen, potem rozmowy przez nasz telefon komórkowy, uczucie po ściągnięciu butów itp. Wiele przyjemności sprawiały nam też niektóre zaistniałe w czasie drogi sytuacje jak na przykład kolacje i śniadania u gospodarzy , którzy pozwolili nam rozbić namiot w swoim obejściu czy ogrodzie, oszczędzało nam to wiele czasu i trudu.

Jedną z największych przyjemności sprawiła nam kadra obozu SAS w Krzeczkowie wraz z jego uczestnikami. Tą przyjemnością było chóralne odśpiewanie piosenki "Iść ciągle iść w stronę słońca.", której wysłuchaliśmy przez telefon stojąc na moście nad Wisłą we Włocławku i oglądając zachód słońca oraz jego refleks w rzece. Prawie nie sposób opisać uczuć jakie wzbudzał śpiew znajomych głosów w słuchawce. Dla mnie był to jeden z tych momentów, w którym coś ściska w gardle, poruszone są głębokie emocje i człowiek docenia znaczenie przyjaźni.

Mile zaskoczył nas też jeden, wyjątkowy nocleg u właściciela tartaku, który oprócz tego, że ugościł nas niczym członków rodziny, wytłumaczył dalszą drogę to jeszcze podarował pieniądze. Niestety takie momenty to tylko miłe przerywniki codzienności ale to właśnie o nich należy mówić bo monotonię można zamknąć w kilku słowach.

Nie można też zapominać, że nasza wyprawa to nie zwykła przechadzka, nie chciał bym aby zabrzmiało to jak przechwałka ale podczas jej trwania stoczyliśmy nie jedną batalię z bólem trudnymi warunkami czy zmęczeniem dającym się we znaki pod koniec dystansu. Stopniowe przezwyciężanie tych przeciwności zawdzięczamy wielu czynnikom: wsparciu "z zewnątrz" czyli chłodnym choć nie pozbawionym emocji kalkulacjom mojego ojca, za które jestem mu wdzięczny bo mimo tego, że czasami nieco denerwowały nas suche akty, oszczędzały nam pracy i "wyciągały" do przodu. Takim wsparciem były tez wszelkie rodzaje dopingu jakimi nas pobudzano do walki oraz wszelkie medyczne rady udzielane przez moją mamę nie rzadko dające nam ulgę.

Wszystkie rodzaje wsparcia przydały się w decydującej rozgrywce jaką było przejście dystansu ok. 70 km w ostatnią dobę. Marsz rozpoczęliśmy o godzinie 5:00 a zakończyliśmy w Sejnach o 23:20 z wynikiem 14h 20 min marszu. Był to niezmiernie wycięczający finisz ale chcieliśmy dojść na czas. Nasze zmęczenie obrazuje sytuacja z godziny 22 ostatniego dnia marszu kiedy to w czasie odpoczynku na poboczu drogi zasnęliśmy obydwaj, jakimś cudem obudziłem się za chwilę w strachu że przespaliśmy czas na dojście na szczęście po obudzeniu Joły okazało się, że spaliśmy 20 minut.

Ogromną rolę w naszej wyprawie odegrali ludzie nie biorący bezpośrednio w niej udziału a jednak wpływający w różny sposób na nią. Takimi ludźmi byli wszyscy, którzy pozwolili nam rozbić namiot na swoim podwórku czy kampingu nie biorąc od nas ani grosza. Do tych ludzi należą też wszyscy ci którzy na nas liczyli, dopingowali nas i może czasami nie świadomie podtrzymywali na duchu.

Osobną kwestią i chyba najważniejszą jest to, że wyprawa powiodła się dzięki świetnej układającej się współpracy między mną i Jołą, będącej wynikiem wieloletniej już przyjaźni. Za tę właśnie przyjaźń wielkie dzięki Robertowi Chojnackiemu "Jole"

Sławomir Chomiak